Mróz zaczął przebijać się przez
skórzaną kurtkę. Wstał i obciągnął ją sobie bardziej na
plecy. Chwilę tak stał, po chwili zaklną pod nosem. Przerzucił
łuk przez ramię i poprawił pas z kołczanem na plecach. Zeskoczył
z gałęzi rosnącej na wysokości około pięciu metrów. Już nie
przejmował się robionym przez siebie hałasem. Porzucił nadzieję
na to że w okolicy znajdzie się jakieś zwierze do upolowania.
Zaczął podnosić rękaw lewej ręki myśląc o tym że ojciec znów
miał rację. Z cholewy wyciągnął myśliwski nóż, powinien był
nie odpuszczać tak szybko przez cały tydzień ale mróz i
świadomości pełnej spiżarni sprawiała że wcześniej wracał z
polowań, oczywiście z pustymi rękami. Teraz trzymając ostrze na
przedramieniu przypominał sobie słowa ojca, „A skąd wiesz że
jutro Ci się uda? Teraz owszem, mamy pełno mięsa, ale jest zima,
nie powinieneś odpuszczać tak wcześnie.” Zamknął oczy i
przycisnął ostrze do skóry robiąc długą ranę od łokcia prawie
do nadgarstka. Pojedyncze krople krwi spadały na biały śnieg
tworząc obraz kontrastów. Myśliwy patrzył na to przez chwilę.
„Masz żonę i dzieci” Głos ojca dudnił mu w pamięci, „jesteś
nie odpowiedzialny”. Przypomniał sobie dokładnie jego łagodny,
pełen zmartwienia wyraz twarzy. „Dobrze wiesz że chętnie bym Ci
pomógł, ale wiesz jak jest” „Dobrze tato” Myślał o swojej
ówczesnej ignorancji. Ocknął się z zamyślenia i po chwili
wyciągnął z małego woreczka u pasa lniany bandaż, po czym
starannie owinął sobie nim świeżą ranę. Materiał nasączony
ziołami i olejami niemal natychmiast zatamował krwawienie.
Rozejrzał się po polanie pośrodku gęstego lasu, która kiedyś z
pewnością była legowiskiem jakiegoś stada. Lecz teraz była
pusta, był na niej tylko on. Puki co. Butem rozrzucił zakrwawiony
śnieg, tak że po krwawym obrazie na śniegu, nie było śladu.
Wciągnął powietrzem nosem próbując coś wyczuć, lecz nie poczuł
nic prócz lodowatego powietrza, zresztą on nie miał prawa nic poczuć,
ale wiedział, kto ma takie prawo. Szybko wdrapał się na drzewo z
którego wcześniej zeskoczył. Przykucnął na gałęzi i oparł się
plecami o pień. Powoli zapadał zmrok Z woreczka, z którego
wcześniej wyciągnął bandaż, tym razem wyjął malutką szklaną
buteleczkę. Odkorkował ją i powąchał zawartość, skrzywił się
odruchowo. Zza pleców wyciągnął strzałę, bez stalowego grotu i
wsadził jej koniec do butelki. Przypomniał sobie ostatnie, wspólne
polowanie z ojcem. To była bardzo ostra zima, a zwierzyny brakowało.
To ojciec nauczył go polować, uczył go o zwierzętach, o lesie, o
śladach i jak tropić. A także jak przywołać Bu. To była
ostatnia rzecz której nauczył go w terenie. Wyjął strzałę z
naczynia, odłożył na bok i zaczął nasączać kolejną. W głowie
miał scenę jak jego ojciec przecina swoje przedramię, i daje
instrukcje swemu synowi. „Ty masz stać daleko, wystrzelić możesz
dopiero jak bu poleci na mnie”. Zamoczył trzecią strzałę w
truciźnie. Do tej pory nie pozbył się z głowy obrazu jak jego
ojciec najpierw wzlatuję w powietrze podrzucony na gigantycznym
porożu, a następnie z głuchym uderzeniem upada na ziemię, by na
końcu patrzeć jak słaniająca się na nogach bestia pada w końcu
od trucizny. Od tamtej pory ojciec nie mógł chodzić, co z tym
idzie polować. Przez co wszystkie obowiązki spadły na niego.
Ojciec podjął wtedy ryzyko, jednak mniejsze niż on podejmuje
teraz. Bo ojciec miał jego, godnego zastępce a on ma tylko córkę
i małego synka który jeszcze nie jest w stanie utrzymać łuku.
Był zdeterminowany, wiedział że nie może zawieść. Poprzysiągł
sobie że już zawsze będzie słuchał ojca, jeśli mu się uda.
Wyjął strzałę z buteleczki, zajrzał do środka lecz zawartości
już w niej nie było. „W teorii Nikolasie” Znów wspominał
słowa taty” to jest proste. Bu bardzo łatwo zwabić, bo wystarczy
kilka kropli ludzkiej krwi, mięso jest bardzo smaczne, a skóra i
poroże cholernie drogie. Jednak zabicie go to już inna sprawa, jest
szybki, siny i twardy jak sam diabeł.” Tamtej zimy jego rodzina
cierpiała głód, jednak dzięki jego ojcu, i jego ofierze udało
się przeżyć nie tylko jego rodzinie. Niebie stało się już
niemal czerwone. Ze wspomnień wyrwał go dźwięk trzeszczącego śniegu,
na polanę powoli wszedł wielki zwierz, z gigantycznym, jelenim
porożem odsuwając gałęzie drzew. Miał on, ciało wielkiego
żubra z głową nie podobną do niczego, ale z długim a zarazem
szerokim pyskiem z którego wystawały krótkie kły. Węszył w
powietrzu krwi. Myśliwy naciągnął Cięciwę i wymierzył,
wstrzymał oddech i zwolnił palce, strzała pognała wbijając się
bez błędnie w kark potwora, nie wbiła się głęboko, nie musiała.
Bestia wydała z siebie wściekły ryk płosząc setki czarnych
ptaków. Niebo w momencie stało się ciemne. Nikolas napiął już
kolejną strzałę, wstrzymał oddech. Tym razem mierzył szybciej.
Puścił. Jednak zwierz niczym błyskawica na niebie zrobił nagły
unik, chybił o włos . Stanął spokojnie ze strzałą wystającą z
jego grzbietu rozglądał się. Trzecia strzała była już na
cięciwie, gotowa do lotu. Wtem zwierz spojrzał czarnymi jak noc
ślepiami w stronę drzewa na którym czaił się myśliwy.
Spojrzenie wydawało się być inteligentne, jak u istoty rozumnej,
zdawało się że Bu widzi go spomiędzy gałęzi okrytych igłami,
lecz przecież nie mógł go widzieć. Bestia po chwili zaczęła
szarżować w stronę kryjówki. Instynktownie wypuścił cięciwę z
rąk. Trafił! Trafił nieco niżej łba, w klatkę piersiową czy
też może szyję. Jadnak Bu nawet na chwilę nie zwolnił. W jednej
chwili był już przy drzewie, z impetem uderzył w nie porożem
zwalając myśliwego z bezpiecznej strefy. Zwierze samo upadło
kawałek dalej. Nikolas wstał tak szybko jak potrafił. Bestia po
chwili uczyniła to samo. Rozpędziła się i zaszarżowała na
przeciwnika. Jenak ten zdążył odskoczyć. Pobiegł co sił, między
drzewa. Nie oglądał się za siebie, jednak słyszał dudnienie
kopyt i odgłos łamanych gałęzi. Modlił się w duchu by trucizna
wreszcie zaczęła działać. Potknął się o korzeń drzewa, Gdy
odwrócił się na plecy zobaczył parę ogromnych kopyt. W ostatniej
chwili, przetoczył się z całą siłą jaką tylko posiadał.
Uderzył plecami o pień drzewa, nie mógł już nic zrobić,
zasłonił dłońmi głowę i zwinął się w kłębek. Zamkną oczy
i czekał na ból. Jednak ten nie nadszedł. Gdy otworzył oczy
zobaczył leżącego potwora ledwo łapiącego oddech. Wstał.
Wyciągnął nóż z cholewy i podszedł na tyle blisko na ile tylko
pozwalała mu odwaga. Po chwili doskoczył do leżącego oponenta z
szybkością kobry, wbijając w tętnicę ostrze. Równie szybko
odskoczył zostawiając ostrze w ciele bestii. Bu zawył rozpaczliwe
po raz ostatni. Czarna krew zalała śnieg. Udało się. Jego rodzina
będzie miała co jeść tej nocy.