wtorek, 7 listopada 2017

Polowanie

Mróz zaczął przebijać się przez skórzaną kurtkę. Wstał i obciągnął ją sobie bardziej na plecy. Chwilę tak stał, po chwili zaklną pod nosem. Przerzucił łuk przez ramię i poprawił pas z kołczanem na plecach. Zeskoczył z gałęzi rosnącej na wysokości około pięciu metrów. Już nie przejmował się robionym przez siebie hałasem. Porzucił nadzieję na to że w okolicy znajdzie się jakieś zwierze do upolowania. Zaczął podnosić rękaw lewej ręki myśląc o tym że ojciec znów miał rację. Z cholewy wyciągnął myśliwski nóż, powinien był nie odpuszczać tak szybko przez cały tydzień ale mróz i świadomości pełnej spiżarni sprawiała że wcześniej wracał z polowań, oczywiście z pustymi rękami. Teraz trzymając ostrze na przedramieniu przypominał sobie słowa ojca, „A skąd wiesz że jutro Ci się uda? Teraz owszem, mamy pełno mięsa, ale jest zima, nie powinieneś odpuszczać tak wcześnie.” Zamknął oczy i przycisnął ostrze do skóry robiąc długą ranę od łokcia prawie do nadgarstka. Pojedyncze krople krwi spadały na biały śnieg tworząc obraz kontrastów. Myśliwy patrzył na to przez chwilę. „Masz żonę i dzieci” Głos ojca dudnił mu w pamięci, „jesteś nie odpowiedzialny”. Przypomniał sobie dokładnie jego łagodny, pełen zmartwienia wyraz twarzy. „Dobrze wiesz że chętnie bym Ci pomógł, ale wiesz jak jest” „Dobrze tato” Myślał o swojej ówczesnej ignorancji. Ocknął się z zamyślenia i po chwili wyciągnął z małego woreczka u pasa lniany bandaż, po czym starannie owinął sobie nim świeżą ranę. Materiał nasączony ziołami i olejami niemal natychmiast zatamował krwawienie. Rozejrzał się po polanie pośrodku gęstego lasu, która kiedyś z pewnością była legowiskiem jakiegoś stada. Lecz teraz była pusta, był na niej tylko on. Puki co. Butem rozrzucił zakrwawiony śnieg, tak że po krwawym obrazie na śniegu, nie było śladu. Wciągnął powietrzem nosem próbując coś wyczuć, lecz nie poczuł nic prócz lodowatego powietrza, zresztą on nie miał prawa nic poczuć, ale wiedział, kto ma takie prawo. Szybko wdrapał się na drzewo z którego wcześniej zeskoczył. Przykucnął na gałęzi i oparł się plecami o pień. Powoli zapadał zmrok Z woreczka, z którego wcześniej wyciągnął bandaż, tym razem wyjął malutką szklaną buteleczkę. Odkorkował ją i powąchał zawartość, skrzywił się odruchowo. Zza pleców wyciągnął strzałę, bez stalowego grotu i wsadził jej koniec do butelki. Przypomniał sobie ostatnie, wspólne polowanie z ojcem. To była bardzo ostra zima, a zwierzyny brakowało. To ojciec nauczył go polować, uczył go o zwierzętach, o lesie, o śladach i jak tropić. A także jak przywołać Bu. To była ostatnia rzecz której nauczył go w terenie. Wyjął strzałę z naczynia, odłożył na bok i zaczął nasączać kolejną. W głowie miał scenę jak jego ojciec przecina swoje przedramię, i daje instrukcje swemu synowi. „Ty masz stać daleko, wystrzelić możesz dopiero jak bu poleci na mnie”. Zamoczył trzecią strzałę w truciźnie. Do tej pory nie pozbył się z głowy obrazu jak jego ojciec najpierw wzlatuję w powietrze podrzucony na gigantycznym porożu, a następnie z głuchym uderzeniem upada na ziemię, by na końcu patrzeć jak słaniająca się na nogach bestia pada w końcu od trucizny. Od tamtej pory ojciec nie mógł chodzić, co z tym idzie polować. Przez co wszystkie obowiązki spadły na niego. Ojciec podjął wtedy ryzyko, jednak mniejsze niż on podejmuje teraz. Bo ojciec miał jego, godnego zastępce a on ma tylko córkę i małego synka który jeszcze nie jest w stanie utrzymać łuku. Był zdeterminowany, wiedział że nie może zawieść. Poprzysiągł sobie że już zawsze będzie słuchał ojca, jeśli mu się uda. Wyjął strzałę z buteleczki, zajrzał do środka lecz zawartości już w niej nie było. „W teorii Nikolasie” Znów wspominał słowa taty” to jest proste. Bu bardzo łatwo zwabić, bo wystarczy kilka kropli ludzkiej krwi, mięso jest bardzo smaczne, a skóra i poroże cholernie drogie. Jednak zabicie go to już inna sprawa, jest szybki, siny i twardy jak sam diabeł.” Tamtej zimy jego rodzina cierpiała głód, jednak dzięki jego ojcu, i jego ofierze udało się przeżyć nie tylko jego rodzinie. Niebie stało się już niemal czerwone. Ze wspomnień wyrwał go dźwięk trzeszczącego śniegu, na polanę powoli wszedł wielki zwierz, z gigantycznym, jelenim porożem odsuwając gałęzie drzew. Miał on, ciało wielkiego żubra z głową nie podobną do niczego, ale z długim a zarazem szerokim pyskiem z którego wystawały krótkie kły. Węszył w powietrzu krwi. Myśliwy naciągnął Cięciwę i wymierzył, wstrzymał oddech i zwolnił palce, strzała pognała wbijając się bez błędnie w kark potwora, nie wbiła się głęboko, nie musiała. Bestia wydała z siebie wściekły ryk płosząc setki czarnych ptaków. Niebo w momencie stało się ciemne. Nikolas napiął już kolejną strzałę, wstrzymał oddech. Tym razem mierzył szybciej. Puścił. Jednak zwierz niczym błyskawica na niebie zrobił nagły unik, chybił o włos . Stanął spokojnie ze strzałą wystającą z jego grzbietu rozglądał się. Trzecia strzała była już na cięciwie, gotowa do lotu. Wtem zwierz spojrzał czarnymi jak noc ślepiami w stronę drzewa na którym czaił się myśliwy. Spojrzenie wydawało się być inteligentne, jak u istoty rozumnej, zdawało się że Bu widzi go spomiędzy gałęzi okrytych igłami, lecz przecież nie mógł go widzieć. Bestia po chwili zaczęła szarżować w stronę kryjówki. Instynktownie wypuścił cięciwę z rąk. Trafił! Trafił nieco niżej łba, w klatkę piersiową czy też może szyję. Jadnak Bu nawet na chwilę nie zwolnił. W jednej chwili był już przy drzewie, z impetem uderzył w nie porożem zwalając myśliwego z bezpiecznej strefy. Zwierze samo upadło kawałek dalej. Nikolas wstał tak szybko jak potrafił. Bestia po chwili uczyniła to samo. Rozpędziła się i zaszarżowała na przeciwnika. Jenak ten zdążył odskoczyć. Pobiegł co sił, między drzewa. Nie oglądał się za siebie, jednak słyszał dudnienie kopyt i odgłos łamanych gałęzi. Modlił się w duchu by trucizna wreszcie zaczęła działać. Potknął się o korzeń drzewa, Gdy odwrócił się na plecy zobaczył parę ogromnych kopyt. W ostatniej chwili, przetoczył się z całą siłą jaką tylko posiadał. Uderzył plecami o pień drzewa, nie mógł już nic zrobić, zasłonił dłońmi głowę i zwinął się w kłębek. Zamkną oczy i czekał na ból. Jednak ten nie nadszedł. Gdy otworzył oczy zobaczył leżącego potwora ledwo łapiącego oddech. Wstał. Wyciągnął nóż z cholewy i podszedł na tyle blisko na ile tylko pozwalała mu odwaga. Po chwili doskoczył do leżącego oponenta z szybkością kobry, wbijając w tętnicę ostrze. Równie szybko odskoczył zostawiając ostrze w ciele bestii. Bu zawył rozpaczliwe po raz ostatni. Czarna krew zalała śnieg. Udało się. Jego rodzina będzie miała co jeść tej nocy.